Domowy ocet jabłkowy… z matką ;)

Petarda wśród superfoodów, genialny kosmetyk i sekret szczupłej sylwetki Francuzek…

Niecałe trzy lata temu postanowiłam zrobić ocet jabłkowy. Pokrojono jabłka, zasypano cukrem, zalano wodą…

spleśniono… wywalono… Kurtyna.

Tak wyglądała moja pierwsza próba z octem jabłkowym. Nawet dokumentację zrobiłam, samoobierające się jabłko fociłam…

Kolaże w paintcie kleiłam…

I co? I gunwo. Wszystko poszło do śmieci i tyle po moich kolażach /zdjęcia z lipca 2014).

Temat powrócił wraz z nadejściem mojego szału na punkcie naturalnych kosmetyków. I pomyśleć, że zaczęło się od szukania sposobu na wypadające sezonowo włosy (czyt. „szampon bez chemii„). Potem nagle dezodorant zaczął przeszkadzać, pomadka ochronna, a następnym razem opowiem Wam co nawywijałam w naturalnym demakijażu (na razie testuję).

Domowy ocet jabłkowy

Przepisów na ocet z jabłek przewertowałam mnóstwo! W jednym ktoś dodawał octu spirytusowego, w innym jakąś „starą matkę” (waaat?), jeszcze inny zawierał mielone jabłka, a jeszcze w takim jednym ktoś chciał sobie zrobić bardzo mocny ocet i poprzez zastosowanie samych gniazd nasiennych, pestek i ogonków (no mega mocny miał być), stworzył proszę ja Was – aceton! Tak, drogie dzieci! Aceton powstaje z jabłek, dokładnie tak, jak szkło z piasku! A wiedzieliście, że „satelita” to rodzaj męski, a nie żeński?

Ale ja przecież nie o panu satelicie, tylko o panu occie!

Ocet jabłkowy „z matką”

Ależ oczywiście, że nie ma nic lepszego, jak połączyć wszystkie przepisy w jeden, tworząc przez zupełny przypadek oryginalny, słynny na całym świecie ocet Bragg’s!

Acototototo ten ocet Bragg’s. A no właśnie to jest taki jedyny w swoim rodzaju ocet… z matką.

Aha.

/No to wszystko jasne! Trzeba było tak od razu!

Zacznijmy od tego, dlaczego ten ocet kosztuje prawie 50 zł za litr, de fak!?

Po pierwsze – to jest Polska i sprowadzamy go z USA. Po drugie – ponieważ to jest Mercedes wśród octów jabłkowych. Oprócz wielu certyfikatów (że organiczny, że bez GMO itp) i dziwnych nagród (jak „nagroda dla najczystszego pakowanego jedzenia”, czy „zatwierdzone przez wybredne dzieci”), jest to po prostu taki sam ocet, jaki robiła Twoja babcia. Babcia co prawda nie dostała certyfikatu i nagród, ale miała w spiżarni dokładnie identyczny, w pełni naturalny produkt, a to się dziś ceni! Organiczny, surowy, wegański, niefiltrowany, nierafinowany, niepasteryzowany, a do tego bezglutenowy, bez konserwantów i spokojnie może sobie tak stać w tej spiżarni całymi miesiącami i nic mu się nie stanie. Czy trudno go zrobić?

Powiem tak – jest to takie banalne, że nawet nie podam Wam dokładnego składu – i tak Wam wyjdzie! Jeśli powiodło się mnie – prawdziwej mistrzyni fakapów, to Wam się nie uda? #proszewas

Ocet jabłkowy – przepis

/Potrzebujemy:

  • koniecznie niepryskanych jabłek. Ha! Pewnie stukniecie się w czoło – skąd wziąć w marcu niepryskane jabłka? Użyłam spadów – czyli zwykłych ogródkowych jabłek, które spadły z drzew, przetrwały mróz i nie zostały zeżarte przez odwiedzające nas sarny… Nie pamiętam dokładnie, ale miałam ich może z 8 szt (jabłek, nie saren).
  • wody… wooody… Litr, półtora, ile chcecie, ale nie za dużo (z dokładnością do „na oko”).
  • miodu lub cukru (użyłam czterech łyżek miodu, ale podobno to wydłuża proces fermentacji, więc lepiej użyjcie cukru).

/Przyda się duży słój, wyciskarka wolnoobrotowa (opcjonalnie), butelki z kapslem, gaziki, ale bez obaw – wyjdziemy z tego cało…

Jabłka spady oczywiście dokładnie myjemy, ale w przypadku jabłek zrywanych, nie jest to konieczne (na skórce znajdują się enzymy, które biorą udział w procesie fermentacji). Usuwamy ogonki i pestki (spokojnie można je usunąć wraz z częścią gniazd nasiennych) i kroimy jabłka bardzo drobno (jeśli to możliwe – nożem ceramicznym. Metalu nie lubią ani witaminy, ani bakterie octowe). Zamiast kroić, użyłam wyciskarki wolnoobrotowej, dorzucając resztki z obierków do mikstury z wodą, cukrem i sokiem z jabłek. Po prostu wlałam wszystko do dużego słoja, który został najpierw wyparzony, a następnie odkażony roztworem spirytusu, zwanym wódką. Przykryłam podwójną warstwą gazy i postawiłam w ciemnym miejscu. Piana pojawiła się już po kilku godzinach, jako dobry znak.

A teraz powiem Wam coś, czego nie znajdziecie w żadnym przepisie na ocet – z obawy przed tym, że jabłka znowu mi spleśnieją (podobno powinny być całkowicie zanurzone w wodzie, a moje nie były, a żaden talerzyk ani kubeczek nie chciał mi wleźć do słoja. Kto wymyśla wielkie słoje z małymi otworami?), miksturę przecedziłam już następnego dnia i wstawiłam do piwnicy. Nie pieniła się, więc pomyślałam, że właśnie wynalazłam nowy (poza pleśnieniem) sposób na spieprzenie octu (a przecież powinien się pienić w procesie fermentacji, czyli zmiany w alkohol, a potem przestać, gdy alkohol będzie się zmieniał w ocet!). Trudno. Najwyżej za kolejne trzy lata pokażę kolejne stare zdjęcia – phi…

Ale wiadomka, że się nie poddałam i przez cały tydzień chodziłam do tego słoja codziennie i (nawet ceramiczną łyżeczką) mieszałam, mieszałam (raz dziennie), nie mając pojęcia co robię. Po tygodniu miałam przestać i cierpliwie czekać. I czekałam.

Drugi tydzień.

Trzeci tydzień.

I wreszcie zaczęłam zauważać, że…

Nie no, chyba pleśnieje… Łee… 🙁

Ale pacnęłam tą „pleśń” i zauważyłam, że porasta całą powierzchnię, łącznie z krawędziami słoja i w sumie nie wygląda jak wykwity pleśni, tylko jak… Matka?

Mamuniu?

To Ty?

Taaak!

Okazało się, że nasza octowa mamusia wreszcie zaczęła „wysiadywać” nasz ocet! Wreszcie od czwartego tygodnia, odważyłam się spróbować (skosztować) co nam tam wyszło. Stężenie kwasu okazało się dość słabe (ale pyszne!). W porównaniu ze sklepowym (6%) octem, dałabym mu 3%, ale i tak radowałam się niczym Skłodowska, bo mój ocet nie pachniał octem (bleh), tylko… dojrzałymi jabłkami! Po upływie optymalnych 45 dni – nadal pachnie jabłkami! Ale może przejdźmy już do tego, co pewnie najbardziej Was interesuje, czyli do naszej „matki”!

Minęło 45 dni, nasza mikstura prezentuje się tak:

Pływa w nim dziwny, jasny i półprzezroczysty stwór. Dla kumatych -„scoby”, dla przyjaciół -„grzybek”, dla rodziny -„matka”.

Ponieważ w niniejszym roztworze było „gmerane” i to nie raz, matka zmieniła swoje położenie, ale ślad pozostał i musicie uwierzyć na słowo, że słowa „tu byłam” są prawdziwe. W przytoczonym przypadku, pierwotny stosunek matki (Pani Octowej) do swojego dziecka (Octu) był jasny, klarowny i brzmiał: „Nigdzie się nie wybierasz, mój drogi kawalerze! Masz szlaban na warunki zewnętrzne i proszę mi tu robić zadanie!”. W wolnym tłumaczeniu, to znaczy, że tworzyła szczelną skorupę na powierzchni octu.

Po upływie rzeczonych 45 dni, zadanie zostało odrobione, a matka udała się na zasłużony odpoczynek (nie wyrzucamy „matki”! Przyspieszy fermentację następnego octu!). Umieszczamy ją w czystym słoiku, zalewamy niewielką ilością nieprzecedzonego octu i przechowujemy w ciemnym miejscu. Uwaga – matka będzie kontynuować swoją pracę, więc nie zamykamy słoika(przykrywamy go pokrywką i nie zakręcamy).

Ocet przecedzamy przez gazę minimum dwukrotnie (aby nie robiły nam się zbyt duże osady w butelce). Nie potrzebujemy żadnego pasteryzowania, klarowania ani filtrowania. I UWAGA – nie zamykamy szczelnie butelki, tylko przykrywamy (jeśli proces octowania się nie zakończył, po otwarciu nasz ocet wystrzeli jak szampan) i niech sobie leżakuje.

Już nie mogę się doczekać kolejnego „nastawu”, a tę butelkę zamierzam wypić (poprawia trawienie, odkwasza, oczyszcza, odchudza – sekret szczupłej sylwetki Francuzek), oraz wykorzystać w kosmetyce (płukanie włosów, demakijaż, tonik). Pierwsze wrażenie rozłożyło mnie na łopatki – gdy odcedzałam płyn, całe ręce miałam w tym occie. Trwało to mniej więcej pół godziny. Jak zareagowały dłonie? No właśnie zero reakcji! Dlaczego o tym mówię? Odpowiedź – sklepowy ocet jabłkowy w zetknięciu ze skórą powoduje natychmiastowe swędzenie, pieczenie i zaczerwienienie. Nie można odmówić jego właściwościom odkażającym, ale kaman, która z nas odważyłaby się zastosować sklepowy ocet jabłkowy na twarz? Tym razem nie mam żadnych obaw i już nie mogę się doczekać testów. Może to placebo, a może faktycznie mój ocet jest tak słaby, że ma idealne pH skóry… Sprawdzę to!

Ocet jabłkowy – skład

Ocet to ocet – nie drąż! Ale czy na pewno? Okazuje się, że naprawdę trudno znaleźć w polskich sklepach ocet bez dodatku konserwantu (pirosiarczyn potasu – tak, może uczulać i podrażniać. W składzie większości dostępnych na rynku octów jabłkowych).

Dzińdybry, czy są jakieś octy bez konserwantów? Znam tylko „Ocet Exquisit” marki Kuhne, ale już dawno go nie widziałam (wycofali go z tesco, może był za drogi – ok 10 zł za 0,7l). Chyba wymienili go na ocet marki „Octim” (za cztery pisiąt), ale jak na ocet bez dodatku konserwantów, jest on niemal zupełnie pozbawiony koloru (fajnie, że nie ma konserwantów, ale co go tak „wybieliło”? Filtracja? Destylacja? Pasteryzacja? Wiem tylko tyle – im więcej razy „-acja” występuje w procesie produkcyjnym, tym bardziej jałowy produkt otrzymamy.

W związku z powyższym, z czystym sercem polecam tylko Bragg’sa. Do kupienia w sklepach internetowych, w cenie 15-20 zł za niespełna półlitrową butelkę, ale jeśli zastosujecie to cudo na łuszczącą lub atopową skórę, nawet te 50 zł za litr okaże się groszem w porównaniu z cenami maści aptecznych, które nie przyniosły rezultatu. W szczególności mogę polecić ten produkt osobom starszym, które cierpią na podobne problemy skórne. W starszym wieku skóra ma ogromne trudności z przywróceniem prawidłowego pH, które (aby chronić nas przed bakteriami i grzybami) wynosi od 4,5-5,5 jednostek. Woda ma odczyn obojętny i wynosi 7. Wiecie więc ile nasza skóra musi się naprodukować sebum, żeby ten poziom obniżyć aż o 3 jednostki?

A wiecie, że nie musi tego robić, jeśli sami jej pomożemy, normalizując pH? (Boicie się? Papierek wskaźnikowy kosztuje 10zł/m – już po kilku pomiarach zapamiętacie stężenie dla idealnego pH). Z octem jabłkowym już nigdy nie powiemy, że „częste mycie skraca życie”, bo obeszliśmy system! Jeśli problemy skórne dotyczą Was – namawiam! Wypróbujcie na skórze! Jeśli Waszych starszych bliskich – polećcie! Twoja babcia powie – Jestem tego warta!

A o tym, co sama zawdzięczam octowi jabłkowemu (w tym przypadku konkretnie Exquisit), będę gadać do końca i jeden dzień!


maj 2017

Muszę się z Wami tym podzielić, bo to mega ciekawe! Mój ocet poszedł o krok dalej i…

sam się wyklarował!

Po ponad dwóch miesiącach od zlania, wygląda tak:

Na powierzchni ponownie utworzyła się matka, płyn stał się przejrzysty, męty opadły na dno, tworząc dziwne farfocle.

Urocza prawda? <3

Płyn ponownie przecedziłam, matki wypłukałam i zalałam octem. Poczekam aż znikną bąbelki i już bez obaw mogę korkować.

Tak wygląda świeżo przelany. Pachnie przepięknie świeżymi jabłkami, zachowując kwasowość normalnego octu. Nie mam pojęcia jakim cudem to w ogóle nie śmierdzi octem! Oczywiście teraz jeszcze bardziej nie mogę się doczekać tegorocznych jabłek! <3

Jaki z tego morał?

W ogóle nie przejmujcie się ostatnim etapem! Nie ma potrzeby liczyć dni, ponieważ na szybkość octowania wpływa wiele czynników. Moje jabłka były dość suche (ostatnie spady 2016), a także użyłam miodu zamiast cukru (co wydłuża proces). Po prostu ocet sam powie kiedy jest gotowy i to jest w naturze piękne <3

Buziaki :*

Antyweszka
antywieszak@gmail.com

Ja tu jestem małym drzewkiem, a to są moje małe owoce... Jeśli są przeciętne lub złe, po prostu je tu zostaw... Ale jeśli są dobre i inspirujące, proszę podaj je dalej, abym mogła rosnąć i przynosić Ci coraz lepsze <3 "Nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost - Bóg" /1Kor.3.7

8 komentarzy
  • Cyanna
    Posted at 12:46h, 01 marca Odpowiedz

    Droga Antyweszko, a czy mogę jabłka rozbabrać w blenderze na mus? Czy takie nadadzą się, by zrobić z nich ocet? Niestety w posiadaniu mym wyciskarki nie mam Ci ja 🙁

    • Antyweszka
      Posted at 13:02h, 01 marca Odpowiedz

      A rozbabraj, ale ostrzegam, że od metalowych narzędzi o wiele lepsza będzie tu nawet plastikowa tarka do przecierów dla niemowląt 😉

  • Aga
    Posted at 09:09h, 01 marca Odpowiedz

    No po prostu Cię kocham, nigdy nie pisałam za to czytałam od początków,ale dziś za ten przepis mocno całuję. czytałam o occie i kupowałam jakiś bio eco Kaufland,Schudłam ze 6 kilo na nim, nie mówiąc o poprawie komfortu w brzuszku, ale zasadzałam się do zrobienia,jeszcze raz dzięki , i przy okazji super blog, codziennie sprawdzam czy coś napisałaś, myślę że jesteś bardzo fajną ciepłą osoba

    • Antyweszka
      Posted at 11:39h, 01 marca Odpowiedz

      To zasadź się koniecznie, bo ja się zasadzałam tyle czasu, a to było takie proste 🙂 Dziękuję 🙂

  • Pati
    Posted at 07:53h, 01 marca Odpowiedz

    Hej, a po zmieleniu tych jabłek dodajesz jak rozumiem zarówno wyciśnięty sok jak i odpadki z drugiego pojemnika?

    • Antyweszka
      Posted at 11:33h, 01 marca Odpowiedz

      Nie umiałam nazwać tych odpadków i nazwałam je resztkami z obierków 😉

      „Zamiast kroić, użyłam wyciskarki wolnoobrotowej, dorzucając resztki z obierków do mikstury z wodą, cukrem i sokiem z jabłek.”

  • Ania // Kosmeologika.pl
    Posted at 00:07h, 01 marca Odpowiedz

    Ja robię ocet jabłkowy według przepisu Klaudyny Hebdy, a wykorzystuję do niego eko jabłka z Lidla, bo nie mam dostępu do takich „spadów”. Wychodzi mi klarowny, ale matki jak dotąd nigdy nie udało mi się wyhodować. Może zdradzę dotychczasowy przepis z Twoim i zobaczymy 😉

    • Antyweszka
      Posted at 11:31h, 01 marca Odpowiedz

      Jabłka koniecznie muszą być dzikie (nawet te eko są dokładnie myte i przygotowane do transportu i przechowywania), ale możesz też (zamiast krojenia) po prostu spróbować je zetrzeć na sok. Jeśli nie masz wyciskarki ślimakowej, polecam najprostsze plastikowe tarki na przeciery owocowe dla dzieci. Może pojawi się matka 😉

      Jeśli chcesz, możesz dodać tu link do Twojego przepisu 🙂
      Przed opracowaniem tego (za duże słowo) „przepisu”, zajrzałam do Agnieszki:
      http://agnieszkamaciag.pl/ocet-jablkowy/
      oraz Inez:
      http://www.herbiness.com/ocet-winny-czesc-2/

Post A Comment